sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 30

Od autorki: No to mamy 30. Coś czuję, że to się robi co raz gorsze ;D. Chyba nikt tego nie czyta, więc chyba zakończę już pisanie :c Zobaczę jeszcze :c Ale myślę że ten rozdział to będzie już koniec. Zobaczymy czy pojawi się chociaż JEDEN komentarz. To chyba na tyle ;) Ale strasznie, strasznie dziękuję Oli Gościniak <3 Zrobiła ona przepiękny banner na słabego ( moim zdaniem) bloga. Na prawdę jej za to dziękuję <3

*Oczami Harry'ego*

 Pamiętam tylko to, że staliśmy przed ołtarzem razem z Louisem. Przyszło dużo gości. Oh strasznie dużo. Nie spodziewałem się tego. Ale mniejsza o to. Potem usłyszałem strzał i wszyscy ucichli. Potem wbiegł Nick ( chyba to był Nick, nie pamiętam tego imienia, jestem na razie za słaby, może potem sobie przypomnę) i zaczął grozić mi i dla Louisa.
I..i on próbował się do mnie dobrać. I Louis mnie obronił. Zaczął się z nim szarpać.
Ja poczułem się winny i chciałem do niego zajść od tyłu ale on zaczął mnie bić, kopać.
I potem ciemność. Nic dalej nie było. Myślałem że to śmierć.
Ale potem się obudziłem. Nie pamiętam co robiłem, ale potem znowu śmierć. Śmierć wszędzie.
Straciłem przytomność. Znowu. Boże jaki ja jestem słaby.

- I widzisz kochanie jakie on ma znajomości? - usłyszałem głos mamy Louisa. - mówiłam że to nie jest odpowiednia druga połówka dla Ciebie. Przecież mogło Ci się coś stać.
- A wiesz co ja ci powiem, mamo?! Że nie obchodzi mnie to, że mogłoby mi się coś stać. Nie obchodzi mnie to jakie on ma znajomości! - zaczął podnosić głos. - Ale dla mnie liczy się tylko to, że ja go kocham, nie rozumiesz?!

Z zaciekawieniem przysłuchiwałem się tej kłótni. Krótkiej lecz bardzo stosownej.
Wzruszyłem się, nie ukrywam. Nie chciałem jeszcze otwierać oczu. Chciałem wysłuchać co jeszcze mają do powiedzenia.
Lecz to nie nastąpiło.
Usłyszałem tylko jak otwierają się drzwi do mojego pokoju.
Słyszałem wszystkich z zespołu oraz swoją mamę.
Tak właśnie ją słyszałem. Jestem pewien.
Poczułem tylko jej uścisk na mojej dłoni i coś szeptała.
"synku obudź się proszę..."
Chciałem już otworzyć oczy bo zrobiło mi się jej szkoda. Nawet bardzo. Pewnie się martwi.
Ale mój mózg krzyczał NIE.
Wiem co zrobię.
Tak wtedy na pewno zmartwi się jeszcze bardziej.
Postanowiłem zrobić coś takiego:
Najpierw powoli otworzę oczy.
Spojrzę na nią i powiem jej prosto w oczy: " Będę tęsknił mamo. Do zobaczenia"
I wtedy zamknę z powrotem oczy.
Będę udawał że nie żyję.
Wszyscy się zmartwią i zobaczymy jaka będzie ich reakcja.
No to za chwilę się przekonamy.

Zacząłem powoli otwierać oczy, tak jakbym był strasznie śpiący ( ale nie byłem).
Mama uśmiechnęła się krzycząc:
- Harry synku!
Wszyscy chłopcy z zespołu. Bez wyjątku powiedzieli razem:
- Nasza księżniczka się obudziła.
Wtedy ja chwyciłem rękę mamy i powiedziałem ochrypłym głosem:
- Będę tęsknił mamo. Do zobaczenia - chciałem już zamknąć oczy ale postanowiłem coś dopowiedzieć - po drugiej stronie świata. Cześć chłopcy.

Powiedziałem i zamknąłem oczy udając trupa.
Nieżywego człowieka.
Słyszałem tylko jak moja mama płacze. Strasznie płacze. Wręcz ryczy, że tak się wyrażę.
Louis. Nie chcę nic mówić. On po prostu trzasnął drzwiami i wyszedł. Usłyszałem tylko jak szlocha idąc gdzieś. Domyśliłem się że w stronę łazienki, gdyż akurat po tej stronie gdzie się ona znajdowała zaskrzypiała podłoga. Usłyszałem tylko jak coś spada z półki i jakby jakieś szkło. Ale to nie było szkło. To było coś innego. Spadło na ziemię i zaczęło brzęczeć.
"O nie" - pomyślałem zaniepokojony.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem jak cała czwórka płacze. Czwórka czyli moja mama, Niall, Zayn i Liam.
Wstałem z łóżka gdy wszyscy zaczęli piszczeć. Chyba z radości. Przynajmniej tak sądzę.
Pobiegłem od razu do łazienki nie zważając na ból. A bolało strasznie. Każdą część ciała miałem całą poobijaną. Cała czwórka zaczęła mnie gonić krzycząc:
"Harry zaczekaj nie możesz wstawać!"
Nie słuchałem ich i biegłem dalej.
Wreszcie dobiegłem do łazienki. Światło było zapalone i zdaje mi się, albo nie że widziałem tam Louisa. Ale tylko jego kawałek.
- Lo-Lo-Louis ! - krzyczałem zdyszany - Louis otwórz drzwi!
Zero reakcji.
- Louis otwórz te cholerne drzwi! Louis! - krzyknąłem.
Nadal nikt nie otwierał.
- Lo-lo-louis do kurwy nędzy ja je wyważę! - krzyknąłem podnosząc głos.
Cisza. Nie no zajebiście po prostu. Mogło mu się coś stać przez moje pieprzone żarty.
Zacząłem przeszukiwać spodnie. Myślałem że znajdę tam jakąś spinkę. Znalazłem swoją wsuwkę do włosów. Włożyłem w dziurkę od klucza szarpiąc aby drzwi się otworzyły. Otworzyły się.
To co tam zastałem to mnie przerosło.
- Nie Louis stój! - krzyknąłem rzucając się w jego stronę.
Siedział na podłodze. W ręku trzymał żyletkę. Już zakrwawioną.
" Kurwa", pomyślałem.
- Louis co ty robisz! - krzyknąłem.
- Nie widzisz? Boże już zaczynam widzieć duchy... - spuścił głowę.
- Kochanie! To ja! Najprawdziwszy ja!
- Bo uwierzę. Wyjdź stąd duchu. - fuknął.
- Nie jestem duchem, Louis! - krzyknąłem błagalnie.
- Oh na prawdę?! No to podejdź tutaj. - odparł.
Podszedłem oczywiście. Wszystko mnie bolało, ale mimo to podszedłem.
- Daj mi rękę. - powiedział.
- Co chcesz z nią zrobić? - zapytałem.
- Dowiesz się. Daj mi tą pieprzoną rękę! - krzyknął. Nigdy nie podniósł na mnie głosu. No dobra podniósł ale nie aż tak.
Krew powoli zaczęła odpływać mi z głowy, ale niepewnie podałem swoją dłoń Louisowi.
Podniósł ją, a po jego ramieniu zaczęła spływać krew.
- Louis...
- Zamknij się Harry. A teraz odpowiedz mi na jedno pytanie jasne?! - wstał i podniósł mój podbródek. - Kochanie, czy istnieją nie przeźroczyste duchy?
- Oczywiście że nie Louis!
Przytulił mnie mocno i krzyczał:
" Harry przecież ty nie żyłeś!"
" A widzisz odżyłem. Jednak cuda się zdarzają! Ale teraz proszę, puścisz mnie? Bo mnie jeszcze trochę boli. Trochę bardzo"
Puścił mnie. O boże nareszcie. Nie mogłem oddychać. Dosłownie.

- O boże. - powiedziałem.
- Co się stało? - odpowiedział jakby nie wiedział o co chodzi.
- Jakbyś nie wiedział.
- No nie wiem? O co chodzi?
- Mam dosyć. Idę stąd.
- Ale dokąd idziesz?! Harry! Jesteś w garniturze! Harry!
- Powiedziałem wychodzę. - odparłem.

No i wyszedłem. Wszystko tak cholernie bolało. Ooo bardzo bolało. Wszyscy krzyczeli "Harry! Harry! Gdzie idziesz!"
A ja miałem to w dupie. Właściwie to wszystko miałem w dupie.
Nie wierzę że Louis się pociął, tylko dla tego że "umarłem".
Powiedzmy, że umarłem.
Przecież to chyba nie jest powód żeby się ciąć?
Prawda?
A może źle zrobiłem że uciekłem.
Może tak, a może nie?
Moja mama sama tylko płakała. Nie próbowała się ciąć jak Louis.
Chyba też się o mnie martwiła. No ale bez przesady żeby od razu się ciąć?!
Nie wierzę, że on to zrobił. Że zadał sobie tyle bólu.

***

Szlajałem się po ulicach. Wszystko mnie boli, jest mi cholernie zimno i pewnie będę chory. Załatwiłem się na amen a za 6 dni jedziemy w trasę. Super po prostu.
Nie mam gdzie iść, a jest już wpół do dziesiątej. Wieczorem. Tam się pewnie wszyscy martwią, a ja się szlajam ulicami LA i nie wiem gdzie jestem. Wróciłbym do domu ale gdzie ja kurwa jestem?!
Nie wiem jaka ulica i nie wiem na jakiej mieszkam. Dobrze, że mam telefon. Zadzwonię do... Chwila nie wiem do kogo zadzwonić. Do Louisa? Pewnie się wkurzył. Do mamy? Co jej powiem? Liam? Nie wiem gdzie on jest. Czy daleko czy nie. Niall i Zayn pewnie są z nim. Dobra. Dzwonię do Louisa.

" Louis?"
" Harry? Gdzie jesteś?!"
" No właśnie o to chodzi, że nie wiem gdzie jestem. Jest ciemno i zimno. Będę chory, pomocy..."
" Boże kochanie. Nic ci nie jest?"
" To chyba ja powinienem zadać ci to pytanie, wiesz?"
" I znowu nie rozumiem o co ci chodzi Harry. Co ty gadasz!"
" Znowu nie rozumiesz? To ja ci wytłumaczę. Posłuchaj. Po cholerę siedziałeś i się ciąłeś w łazience co?!"
Cisza.
" Louis słyszysz odpowiedz mi powiedziałem."
Znowu cisza.
" Louis nie rozumiesz po naszym języku?! Głuchy jesteś?!"
Usłyszałem tylko jak ktoś łka w słuchawkę.
" Louis?"
" Czego."
" Po co ryczysz?!" 
" Co ciebie to obchodzi."
" Podaj mi konkretną odpowiedź nie rozumiesz co mówię?! Jezu Louis! Co się z tobą dzieje!"
" Pieprz się Harry."

Powiedział i się rozłączył. Oj wkurzyłem się. Ba, wkurzyłem się to mało powiedziane. Wkurwiłem się i to bardzo. On jest jakiś...dziwny. Tak jest dziwny. 
Nie wrócę do domu na noc. Niech się pomartwią trochę. Dobrze im to zrobi.
Wszystkim to dobrze zrobi.


*Oczami Louisa*

Boże, to wyglądało tak strasznie. Jak on się próbował do niego dobrać. 
Boże. Nie wierzę. Nie chciałem stać bezczynnie. Więc się z nim szarpałem. 
I...i potem zobaczyłem z tyłu Harry'ego. 
I jak on go bił. O Jezu.  on potem stracił przytomność. A ten Nick Pierdolony Grimshaw jeszcze uciekł. Gnojek.
Ale mniejsza z tym. Co się działo potem.
Zanieśliśmy Harry'ego do domu.
Leżał, leżał i leżał.
Zdążyłem w tym czasie pokłócić się z mamą. Wciskała mi teksty typu:
" To nie chłopak dla ciebie!"
" Nie powinieneś się z nim zadawać!"
Ale mnie to nie obchodziło. Ja go kochałem. I kocham nadal.
Poszliśmy z chłopakami i z mamą Hazzy do pokoju gdzie leżał.
No wszyscy się martwili, nie ukrywam.
On otworzył oczy. Wszyscy tacy zaskoczeni byli. I szczęśliwi oczywiście.
Przynajmniej ja byłem szczęśliwy. 
Wszyscy się zbiegli do niego. 
"O boże! Harry! Harry to, Harry tamto!"
Mogli chociaż zostawić go w spokoju. No matko jak można tak napadać na biednego chłopaka.
Jak mi jego było szkoda.. Mojego Harry'ego.
Wtedy on odwrócił głowę w naszą stronę i powiedział coś w stylu:
" Żegnajcie, do zobaczenia po drugiej stronie świata"
Ja wtedy miałem tyle łez w oczach. Jak on po raz ostatni to powiedział. Jak on ostatni raz otworzył oczy. 
Wyszedłem tylko i trzasnąłem drzwiami. Boże, jak ja płakałem.
Nie mogłem złapać oddechu. Pobiegłem jak najszybciej do łazienki i zamknąłem się na klucz.
Boże co ja miałem robić. Tylko wzięliśmy ślub a on od razu umiera. O boże...
Wziąłem z górnej półki ( do której oczywiście ledwo sięgnąłem) pudełko. Pudełko z żyletkami.
Wyciągnąłem jedną i przyłożyłem sobie do ręki. Przycisnąłem i pociągnąłem po szerokości nadgarstka. Jedna sznyta, druga, aż w końcu ktoś zaczął dobijać się do łazienki. 
Nie miałem zamiaru otwierać. Jeszcze czego. Muszę się wypłakać.
Ktoś zaczął krzyczeć:
" Louis! Otwieraj!"
" Louis bo je wyważę!"
To był męski głos. I znajomy głos. Bardzo znajomy. 
Czy to Harry?! Nie, to nie mógł być on. Przecież on już nie żył. 
Za każdym razem kiedy to sobie przypominałem zalewałem się łzami.
Ktoś zaczął przekręcać zamek, i otwierać drzwi.
Kurwa to Harry. Powiedzmy, że Harry.
Ale jak przecież on nie żył to jak on mógł tu być. Jezu widziałem już duchy.
Ale on normalnie mówił, chodził. Reagował na to co mówię.
To był Harry. Najprawdziwszy Harry. Mój Harry. Kochany Harry.
Boże, ale jak?! Jakim cudem?! Co, że on ożył czy coś?! 
Wiem. Udawał.
Udawał skubaniec.
Ale chytry Harry. Ale i tak go kochałem najmocniej na świecie.
Ale on wyszedł z domu. Po prostu wyszedł. Czemu? Tego nie wie nikt oprócz niego samego.
Wszyscy się o niego denerwowali. Mama, Ja a Liam, Niall i Zayn sobie gdzieś poszli.
Grom wie gdzie.
Zwłaszcza że niedługo zaczyna się trasa to jeszcze zamiast szukać jego, to sobie wycieczkę urządzili. Zajebiście.
Gdy wyszedł była 14.30. 
Z godziny na godzinę wszyscy coraz bardziej byli zdenerwowani. Próbowali się do niego dodzwonić, ale nie odbierał. Nie to że miał wyłączony tylko nie odbierał. Po prostu nie odbierał.
W końcu. 21.30.
Nasz Harold zadzwonił do mnie.
Słychać go było jakby był zmarznięty, na ulicy.
Zaczął się na mnie wydzierać, co w niego wstąpiło.
Aha, już wiem co. Zaczął obwiniać MNIE za to, że się pociąłem.
Taka prawda. A to ON wywinął taki kurewski żart, że się wszyscy martwili.
I że to niby moja wina, tak?
Oczywiście, wszystko jak zwykle na mnie. Bo młodszy to nigdy nie winny.
Najlepiej, to nasrać w salonie i zwalić na kota.
Te sformułowanie idealnie pasuje do tej sytuacji.
Ja chciałem o tym zapomnieć. O tym że się pociąłem, ale on jak zwykle musiał wszystko wypominać.
Harry Dupek Styles. Tak powinno brzmieć jego imię. Ale mimo tego nadal się martwiłem o niego.
Co z nim w ogóle będzie, czy się mu nic nie stanie. Te myśli naokoło krążyły mi w głowie.
Ale wbrew temu wszystkiemu położyłem się spać.
"Pewnie wróci jutro rano", myślałem.

Wszyscy w moim domu już śpią. To znaczy w naszym domu. Moim i loczka.
Obudziłem się bo słyszałem jakieś hałasy.
Jest 3.15 nad ranem.
Myślałem że to mama krząta się po kuchni bo chciała się napić.
Słyszałem jak coś upadło. Coś ciężkiego. Bardzo.
Szybko zbiegłem na dół. To co zobaczyłem tam to po prostu jest nie do opisania.
- Ja pierdolę Harry! - krzyknąłem i podbiegłem do niego.