czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 32

Od autorki: A więc tak. Na początku chciałabym wam straaasznie podziękować za 1000 wyświetleń <3 Nie spodziewałam się. Jak myślicie, czy do 14 czerwca dobijemy do 5000? Bo ja nie wiem szczerze mówiąc. Ale wracając, dobrze że już lepiej pomiędzy Hazzą a Louisem. Tutaj specjalnie rozdział dla Marleny (boo) od Pana Kotecka. Nie przedłużam. Zostawcie po sobie komentarz ! c:\

***

Drogi pamiętniku.
Dzisiaj jest pierwsza rocznica naszego ślubu. Cieszę się strasznie ! Z resztą, Harry również.
Powiedział, że zabierze mnie dzisiaj w wyjątkowe miejsce, ale nie może powiedzieć mi gdzie.
W sumie to dobrze. Chciałbym mieć jakąś niespodziankę. I to od mojego kochanego Harry'ego.
Dobrze, że wszystko wyjaśniło się od tamtego "incydentu" po którym wylądowałem w szpitalu. Dzięki Bogu nic mi nie było. Harry nadal dotrzymał słowa. Nie wyraził się wulgarnie ani razu. Nie nadużywa alkoholu, no chyba że np. wychodzimy z chłopakami do baru. 
Już niedługo nowa trasa, tak w zasadzie to za 3 tygodnie. Jestem strasznie podekscytowany. Nowa trasa, odwiedzimy nowe miasta, nowe piosenki i nowi fani !
Z Darcy też wszystko w porządku. Nie choruje zbytnio, ale na razie przebywa w Doncaster, u mojej mamy. Na razie nie mamy czasu by się nią opiekować, bo praktycznie ciągle są jakieś próby.
Z Harry'm wszystko w porządku. Jest kochany, taki cudowny i romantyczny. To właśnie Harry w którym się zakochałem.
Louis.

***

- Loooouis ! - usłyszał krzyki Harry'ego dobiegające z sypialni.
- Co chceesz! - odkrzyknął stojąc w kuchni i myjąc naczynia po dzisiejszej kolacji. Mniej romantycznej, ale też się mu podobała.
- Przyjdziesz i się do mnie przytuulisz! - Louis zaśmiał się pod nosem. Niemal każdego wieczoru przytulali się ze sobą godzinami, a następnie zasypiali wtuleni w siebie. Louisowi bardzo się to podobało. Było wtedy mu tak "ciepło" i czuł się taki bezpieczny. Czuł, że nic mu wtedy nie grozi.
- Kochanie, zmywam naczynia !
- A jak pozmywasz to przyjdziesz? - zapytał tak jakby błagalnie. Louis wyobrażał sobie, że udawał płaczące, niewinne dziecko.
- Przyjdę, przyjdę ! - odkrzyknął ze śmiechem. - Przecież zawsze przychodzę - dodał.
- No wiem, ale zawsze warto się upewnić !
- Ach zamknij się. - zaśmiał się.

W końcu skończył myć naczynia i szybkim krokiem ruszył w stronę sypialni.
Otworzył drzwi i zobaczył Harry'ego. Ale nie takiego Harry'ego, który jak co wieczór leżał z rękoma rozłożonymi na całą szerokość łóżka, tylko skulonego loczka odwróconego plecami w kierunku Louisa.

- Ha..harry? - zapytał i podszedł do łóżka siadając na jego brzegu, delikatnie podsuwając się do Harry'ego. - Co...co się stało? - był już na tyle blisko loczka, by zobaczyć jego twarz.
Oczy nie były zasłonięte dłońmi, a po policzkach nie spływały łzy. On nie płakał. To już mógł wykluczyć. Więc co w takim razie się stało?
Harry odwrócił swoją głowę w kierunku Louisa, wyciągnął ręce i przyciągnął go do mocnego uścisku. To podobało się Louisowi, gdy Harry bardziej się w niego wtulił. Delikatny oddech loczka muskał jego szyję, przez co Louis troszeczkę drgał. Ale nie z tego że się bał, tylko że mu się to podobało.
- Hej, lokowaty. Co się stało? - zapytał.
- Nic się nie stało, a co miałoby się stać. - odpowiedział z uśmiechem na ustach chłopak.
- N..nie wiem. Bo taki leżałeś skulony na łóżku, nie tak jak zawsze. 
- Chciałem sprawdzić jaka będzie twoja reakcja. - odparł.
- No wiesz ty co... Wstydziłbyś się Harold. - powiedział i w "obrażalskim stylu" odwrócił się do niego plecami.
- No Louis weź... Nie bądź taki...
- Nikt nie ma prawa do mnie się odezwać, dopóki na to nie zezwolę. - odparł "poważnie".
- Cóż, w takim razie do zobaczenia.
- Żegnam.

Takim oto sposobem Harry i Louis "pokłócili się". Jeżeli można tak to nazwać.
Harry poszedł do salonu, a Louis został w sypialni.
"Pokłócone małżeństwo". Idealne określenie? Chyba nie. 

***
Na zegarze wybiła północ. Louis i Harry nadal są "pokłóceni". Z salonu dobiega tylko cichy odgłos telewizora. Tomlinson, a teraz raczej Styles, postanowił pójść i go wyłączyć, a Harry'ego przenieść na rękach do sypialni.
Na palcach "wkradł się" do sypialni, biorąc pilota i przyciskając przycisk wyłączył telewizor. 
Harry'ego wziął delikatnie na ręce i przeniósł do sypialni. Dzięki Bogu go nie zbudził. 
Ostrożnie położył go po lewej stronie łóżka - po tej stronie, po której zawsze spał Louis.
Przykrył go białą kołdrą, którą lekko uniósł by sam się pod nią wsunąć.
Leżał jeszcze chwilę wpatrując się w loczka, który słodko spał i wsłuchiwał się w jego ciche pochrapywania. W końcu oboje smacznie spali.

***
Harry obudził się wyjątkowo wcześnie. Zauważył Louisa, który wtulał się w jego szyję. Cudowny widok. Harry tylko objął go delikatnie ręką, a to wystarczyło, by Louis się obudził.

- Boże przepraszam, obudziłem cię? - zapytał loczek.
- Co? Nie, nie obudziłeś mnie. - odparł. - Co już zgoda?
- Tak, zgoda. - powiedział po czym mocno objął swoimi rękoma talię Louisa. - Ja tam nie umiem się na ciebie gniewać. - dodał składając krótki pocałunek na jego czole.
- Ja na ciebie tym bardziej. Jesteś moim całym światem. Sensem życia. Nie potrafiłbym żyć bez ciebie, dziękuję Bogu że cię poznałem. Ty po prostu sprawiasz że dzień staje się lepszy, że wszystko dookoła nas nabiera kolorów. Harry, ty po prostu jesteś moją taką tęczą. Takim moim oczkiem w głowie. Kocham cię, Harry. - powiedział.
- Je...jejku Louis. Nie wiedziałem, że ty umiesz układać takie przemówienia! - krzyknął. Może krzyknął to złe określenie, ale powiedział z entuzjazmem, po czym zaśmiał się. - Louis, ja też cię kocham. Gdyby ciebie nie było w moim życiu, prawdopodobnie byłbym teraz jakimś nudnym, grubym facetem. To ty sprawiasz, że czuję motylki w brzuchu, jesteś dla mnie kimś więcej niż mężem... Kochającym, wspaniałym, najlepszym na świecie mężem. Jesteś moim życiem. Kocham cię Louis. Pamiętaj. - oznajmił z dumą H. Widać było po jego minie że czuł się wtedy taki dumny ze swojej wypowiedzi. Typowy Harry.
- A przytulisz mnie chociaż? - zapytał
-Och, oczywiście słonko. - powiedział po czym zatonął w ramionach starszego. Było mu wtedy tak przyjemnie, jak nigdy dotąd. Uwielbiał gdy przytulał się tak z Louisem, gdy mówili sobie miłe słówka. To był taki "słaby punkt" Harry'ego. Szalał za tym, wręcz to ubóstwiał.
Po paru minutach obściskiwania się, Louis w końcu się odezwał:
- Kochanie, nie chcę nic mówić, ale musimy się zbierać. Mamy próbę. - powiedział z westchnięciem.
- Och... To trochę, smutno...- dodał H.
- Tak wiem słońce, ale pora się zbierać ! - wyrzucił ręce ku górze.
- Co ty robisz? - zaśmiał się Harry. - Zgłupiałeś, czy coś?
- Tylko oznajmiam, że - powiedział - pora się zbierać ! - i znowu zrobił to co za poprzednim razem.
- Dobra, dobra. Panie "pora się zbierać" proszę iść zrobić śniadanie. Bo jestem głodny !
- Ej ! A co ty swoich rąk nie masz? - krzyknął Lou.
- Wiesz. Zazwyczaj w prawdziwym małżeństwie jest tak, że śniadanie przynosi się małżonkowi do łó...- nie zdążył dokończyć.
- Ach, zamknij się już i idź lepiej pod prysznic. A ja pójdę zrobić coś szanownemu głodomorowi do jedzenia, bo się tutaj wygłodzisz.
- Och już bez przesady Louis. Codziennie dajesz mi tonę słodyczy i ty myślisz że ja umrę z głodu?
- Dobra odczep się już i idź się obmyć trochę Harry.

Harry poszedł pod prysznic, a Louis do kuchni. Słychać było tylko lejącą się wodę.

- Harry! Co chcesz zjeść ! - krzyknął Louis.
- Obojętnie co! Byle jadalne ! - odparł Harry.

Rozdział 31

Od autorki: No to 31. Jakiś krótki ten rozdział xd. A tak w ogóle, to czyta to ktoś jeszcze haha. Ale z tego co widziałam w statystykach, to jeszcze 27 wyświetleń, i będzie okrągły 1000 <3 Dziękuuuuuję <3 Coś mi się zdaje że Harry coś mu tam się dzieje haha. Ale w tym rozdziale już wszystko się wyjaśni. Przepraszam, że tak długo nie było tego rozdziału ale jakoś nie mam weny na pisanie... Nie przedłużam, miłego (albo nie xd) czytania.

* Dalsza część, Harry's POV*

No, musiałem go złapać. Co miałem stać i się patrzeć jak pada?
I tak wiedziałem, że mu się nic nie stanie. Oczywiście, że to wiedziałem.
A wracając do tego, co mówił Louis. Okej, piłem. Piłem dzisiaj o 6 rano. Nie spałem w ogóle bo piłem. I dobrze, że piłem. A w ogóle powinno go to obchodzić? Może tak, a może nie.
Ale już mniejsza z tym. Zadzwoniłem po karetkę. Tak wszystkie wyrazy przeciągałem, że głowa mała. Chyba dyspozytor rozpoznał że byłem pijany. Ale przyjechali do nas, wkuwali dla Louisa coś w nadgarstek. Jakąś igłę z płynem. Mnie się nic nie pytali, za to Zayn ciągle odpowiadał.
Zabrali Louisa do szpitala, ale jeszcze nieprzytomnego. Przyglądali się fioletowemu oku.
Tak, ja mu to zrobiłem. Byłem pijany (nie to, że już nie jestem) i mnie wkurzył.
Mówił coś tam o wywiadzie.
O nie. Wywiad. Ja jestem pijany, a Louis leży w szpitalu. Pobiegłem to wszystko powiedzieć Liamowi, który oczywiście nic nie słyszał bo był zajęty swoją kąpielą.

Wpadłem jak szalony do łazienki. Dosłownie, bo nosiło mnie na wszystkie strony.

- Kurwa Harry! - krzyknął Li.
- Zamknij się! Louis jest w szpitalu!
- Że kurwa co?! Louis! Louis! Louis w szpitalu?! - krzyczał - przecież to praktycznie ty zawsze jesteś poszkodowany. - zaśmiał się.
- Liam! Louis jest w szpitalu!
- No to wyjdź stąd kurwa i daj mi się ubrać!

Wyszedłem. Nie byłem zdenerwowany. No może trochę. Ale mimo tego że byłem pijany to się martwiłem. Trochę się martwiłem. Kurwa dla czego ja tak reagowałem. A tak. Wkurwił mnie. A czym? Że nie wyszedł z pokoju. Byłem pijany, i byłem zły. Chciałem być tylko sam.

***

- Harry, gdzie jesteś ! - krzyknął Liam wychodząc z łazienki.
- W przedpokoju! - krzyknąłem. - Pośpiesz się trochę ! - dodałem.

Pośpieszył się. Od razu po moich słowach wpadł do przedpokoju, ubrany w dżinsy, białą koszulę i czarną marynarkę.

- Stary, my jedziemy do szpitala a nie na randkę. - zaśmiałem się.
- Wiesz, zawsze trzeba jakoś wyglądać. Każda okazja jest dobra, aby założyć garnitur. - odparł.
- Dobra, nie gderaj już ale chodź.

Wyszliśmy z domu i podążyliśmy w stronę samochodu. 

- Liam, ty prowadzisz. - powiedziałem.
- A to dlaczego? 
- Bo...no tego..ja jestem... 
- Pijany. Wiedziałem Harold, wiedziałem. - przerwał mi Liam.

Tak jak już ustaliliśmy Liam wsiadł za kierownicę czarnego Mercedesa i pojechaliśmy w stronę Meadow Hospital. To jakieś 20 minut drogi.
Przez ten cały czas siedzieliśmy w milczeniu. Gdyby nie radio, byłaby w tym samochodzie po prostu grobowa cisza. W końcu po 15 minutach jazdy postanowiłem przerwać tę ciszę.

- Liam? Obraziłeś się? - spytałem wstydliwie. No przyznam, wstydziłem się trochę swojego zachowania.
- Nie, a czemu pytasz? - odparł. Na te słowa trochę mi ulżyło.
- Bo nawet się do siebie nie odzywamy... 
- A o czym chcesz rozmawiać? Nie ma o czym. Jaka jest pogoda? - zaśmiał się. Dla mnie nie było jednak do śmiechu.
- No nie wiem...

I po tych słowach znowu zapadła cisza. Na szczęście już dojeżdżaliśmy na miejsce.
Liam powiedział żebym na razie sam poszedł, a on do mnie dojdzie, bo musi coś sprawdzić w samochodzie. W moim samochodzie. 
Nie sprzeciwiałem mu się i od razu pobiegłem do szpitala.

Wpadłem do Meadow Hospital jak szalony co chwilę wpadając na jakieś pielęgniarki.

- Przepraszam, czy przywieziono tutaj Louisa Tomlinsona? - zapytałem jedną z nich.
- Tak, jest tam w sali 216. - mówi pokazując palcem na tamtą salę.

Pobiegłem. Szybko biegłem. Nie zdawałem sobie sprawy, że umiem tak szybko biegać.
Wpadłem do sali 216 jak szalony i zobaczyłem Louisa, który leżał na łóżku tuż przy wejściu.
Na szczęście był przytomny. Leżał na łóżku i bawił się swoją kołdrą.

- Louis ! - podbiegłem do niego, ale za chwilę podszedł do mnie lekarz, oznajmiając:
- Bardzo mi przykro ale nie może pan tu wejść.
- A..ale dlaczego! - syknąłem. No byłem zdenerwowany. Chciałem za to wszystko przeprosić Louisa, bo zachowałem się głupio. Jak jakiś psychiczny chłopak.
- Takie są przepisy, proszę poczekać na zewnątrz. Poinformujemy pana, gdy będzie mógł pan odwiedzić kolegę.
- Chwila ! To nie jest mój kolega! To jest mój mąż, panie doktorze! - krzyczałem na całą salę i wszyscy się na mnie patrzyli. - Bardzo proszę, chociaż pięć minut. Zbawi to pana? - dodałem.
- Przykro mi. - powiedział i odszedł.

Wyszedłem na korytarz. Usiadłem na krzesło wyczekując Liama. Przyszedł po piętnastu minutach.

- Przyszedłeś, nareszcie. - fuknąłem.
- No cześć. A ty czemu nie u Louisa? - zapytał.
- Nie mogę. - wydukałem - nie mogę tam wejść. Powiedzieli, że takie są przepisy. Tak, kurwa wszędzie przepisy.
- Harry przestań, chociaż tutaj się wyrażaj. - powiedział Liam, lekko pochylając się nade mną. Miał rację. Na korytarzu było tyle ludzi, a ja siedziałem i się rugałem. Super po prostu.
- Dobra, sorry. Już nie będę.

Po chwili z sali wyszedł lekarz, kierując się moją stronę.

- Pan Styles? - zapytał na co ja skinąłem głową - Pan Tomlinson chce się z panem zobaczyć.
- Już teraz to dozwolone? - zapytałem ze śmiechem.
- Proszę pana. Idzie pan, czy nie idzie. - powiedział a ja wstałem i poszedłem do sali 216.

- Louis ! - wpadłem rzucając mu się w ramiona, przytulając go. Mocno.
- Cześć Harry... - odpowiedział spokojnym, ale także trochę smutnym głosem. - Cześć, cześć, cześć.
- Nic Ci nie jest? - zapytałem.
- Nie, raczej nic. To tylko zasłabnięcie...
- Boże przepraszam Louis, kochanie, słoneczko... Ja chciałem być sam... Po prostu... I tak. Byłem pijany, boże przepraszam cię boo, za to co się wtedy wydarzyło, proszę wybacz mi, ja Cię kocham... - wręcz błagałem go... Ale wiedziałem że mi wybaczy... To jest cały Louis.
- Ja też Cię kocham, Hazz. - mówił wtulając się w moją szyję. Tęskniłem za tym. Przyznaję. - Tak, wybaczam ci, ale obiecaj mi coś. Nigdy, nigdy, przenigdy więcej tak nie zrobisz i nie będziesz nadużywał alkoholu, tak jak to było dzisiaj z rana, Haroldzie. - dodał.
- Tak, tak. Oczywiście, oczywiście. Wszystko czego zapragniesz kochanie. Kocham Cię Boo.
- Ja Ciebie też kocham, Harry. - powiedział nie wypuszczając mnie z uścisku.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Rozdział 31

Od autorki: Napisałam jeszcze jeden, bo się strasznie nudzę. Nareszcie ferie! U kogo jeszcze nie ma ferii? To współczuję. Żartuję haha. Nie wiem co mnie naszło, ale teraz ciągle w kółko słucham Take Me To Church. Cudowna piosenka <3 Dobra to nie przedłużam, ale zaczynam pisanie.

Enjoy! <3

*Oczami osoby trzeciej*

Louis zamarł gdy zobaczył to, co po prostu zobaczył. A był to oczywiście Harry.
Nie kto inny jak tylko on. We własnej osobie.
Louis jak najszybciej do niego podbiegł. Leżał na podłodze, cały zmarznięty, przemoknięty i Louisowi wydawało się, że był pijany. Bardzo pijany.

- Harry! Co..co ty robisz?! - krzyknął.
- Ziiiiiimno miii - przeciągał Hazz.- przytuuuuuul się do mniee Looou.
- Poczekaj przyniosę jakiś koc. - powiedział i odszedł szepcąc - Jezu, Jezu, Jezu...
- Doooobrze!
- Nie krzycz menelu bo pobudzisz wszystkich! Już mnie zbudziłeś!
- Aaaaa saam krzyczyyysz!
- Zamknij się!

W czasie gdy Louis poszedł po koc, Harry próbował wstać. Tak, gdzieś 5 razy próbował, aż w końcu wstał. Próbował podejść do kanapy, ale tuż przed nią upadł.

- Nie ruszaj się stąd gówniarzu - powiedział spokojnym głosem Louis.
- Ja cii zaraz daam gówniaarzu, Bo jak ja zaraz wstanę...
- Tak, ty wstaniesz. Już to widzę. - zaśmiał się Louis i pomógł Harry'emu przenieść się na kanapę.
- Uduuszę cię Louis! - odparł H.
- Paliłeś?! Harry paliłeś!
- Ja?! Co?! Nie! - zaprzeczał, chociaż Louis wiedział, że kłamie.
- Harry nie kłam! Wiem, że paliłeś! Nie zaprzeczaj bo wiem! Wali od ciebie papierosami! Harry!
- Shh... Nie krzycz bo pobudzisz wszystkich. Kochaaanie przyytul mnie...
- Jeden raz. - uśmiechnął się i przytulił się do H. Tęsknił za tym.
- Może być drugii?
- No dobrze, ale to tylko ze względu na to, że cię kocham wiesz? - oznajmił. A raczej trochę zapytał.
- Wieem. Chceeesz ze mną spaaać? - zaciągał Harry.
- Nie mogę kochanie. Nie zmieścimy się tutaj we dwójkę. Wiesz co? Spróbuję Cię przenieść do sypialni, a ja się prześpię tutaj, dobrze? Musisz się wygrzać. - uśmiechnął się Lou.
- Ugh... No dobrze... Ale dlaczego nie będziesz ze mną spał, Louis... - spuścił głowę przygnębiony Harry.
- Chcę, żebyś miał więcej kołdry dla siebie. Bo wiesz jaki ja jestem, zaraz ci całą zabiorę, więc się chyba nie opłaca, wiesz?
- To co że zabierzesz mi całą kołdrę... Ja się do Ciebie przytulę i będzie mi ciepło... Prooooszę Looouis...
- Harry, jesteś pijany. Bardzo pijany. Musisz się wyspać. Zobacz. jest już za piętnaście czwarta nad ranem, a ty jeszcze nie śpisz. Porozmawiamy na ten temat jutro. - powiedział Louis, a Harry już nie zaprzeczał. Po prostu dał się wziąć na ręce, a Louis zaniósł go do sypialni. Potem poszedł na dół z powrotem do salonu, położył się na kanapie i zasnął.

*Dalsza część oczami Louisa*

Obudziłem się o 9.15. W domu śmierdziało alkoholem i papierosami. Nie to, że nie palę, ale śmierdzi tu papierosami, jakby ktoś je teraz stał i palił.
Miałem przeczucie, że to nie kto inny jak Harry. Bo to przecież od niego wczoraj waliło dymem papierosowym.
Na szczęście to był tylko Zayn. Chwila. To on w ogóle wrócił do domu?! Czyli Liam i Niall też tu są.

***

Niechętnie wygramoliłem się z łóżka i poszedłem wprost do kuchni, by zrobić sobie coś do jedzenia.
Postanowiłem zrobić sobie tosty. Tak po prostu. Nie miałem ochoty robić sobie większego śniadania.
O nie.
Przypomniałem sobie. My o 10.30 mamy wywiad.
O kurwa. No to mam przejebane.
Wszyscy mają przejebane, bo wszyscy o nim zapomnieli.
Natychmiast pobiegłem do pokoju gdzie był Zayn. 
Poprosiłem go, by zwołał resztę chłopaków na dół. Oprócz Harry'ego. Sam to zrobię. Delikatniej, jeśli można tak to ująć.
- LIAAAM! NIAALL!! POBUDKAA! ZEBRANIE NA DOLEE!!! - krzyczał Zayn.
- Zayn zamknij mordę! Nie budź Harry'ego! 
- Doobra...
Wszyscy zebrali się na dole po 10 minutach. Nie wołałem Hazzy, wolałem mu to powiedzieć sam.

- Słuchajcie. Czy wy o czymś nie zapomnieliście? - zacząłem.
- Ale o czym, Louis? - spytał Niall.
- Na prawdę nie wiecie? 
- No, nie Louis nie przedłużaj i mów! - krzyknął Liam.
- Zamknij się Liam i nie budź loczka. - powiedziałem z zaciśniętymi zębami - A więc pozwólcie że odpowiem na wasze pytanie. Wiecie co dzisiaj będzie o 10.30 ?
- No co? - odparł Zayn.
- Wywiad. Kolejny pieprzony wywiad. Więc macie 45 minut żeby się ogarnąć. Więc do roboty, a ja idę do Harry'ego.
- Tak jest panie kapitanie - zaśmiał się Horan. Potem wszyscy porozchodzili się. Zayn do kuchni, Liam do łazienki, a Niall? Niall został. Postanowił poczekać aż zwolni się łazienka. Ja oczywiście poszedłem do Harry'ego. Do Harry'ego, dla którego oczywiście baaaaardzo bolała głowa. Bardzo.

-Kochanie, pobudka... - szepnąłem. - wstawaj kotku, nie zdążymy...
- Zamknij się Loouis...
- Czemu? Harry? - spytałem podejrzliwie.
- Czego chcesz, Jezu... - fuknął obrażony. Obrażony? A może zbyt bardzo bolała go głowa. Sam nie wiem.
- Harry co piłeś. - powiedziałem stanowczo. Harry nawet nie raczył się odwrócić w moją stronę. O co mu chodziło? Przecież wczoraj ( znaczy dzisiaj nad ranem) było wszystko w porządku.
- Gówno piłem, nie interesuj się. - odparł. Boże, co mu było.
- Harry? - podsunąłem się do niego. Od razu wyczułem zapach alkoholu. - piłeś. Powiedz mi co piłeś.
- Ja pierdolę Louis! Nic nie piłem! - krzyknął i od razu chwycił się za głowę. Tak myślałem. Pił. Dużo pił. Znałem go lepiej niż on siebie sam i wiem że pił.
- Harry piłeś. Wali od ciebie wódką. Harry czemu kłamiesz. - powiedziałem spokojnie.
- Kurwa Louis wyjdź stąd bo nie ręczę za siebie. - krzyknął. Znowu. Ale tym razem jeszcze powstrzymywał swoje ręce. Próbował przynajmniej.
- Harry o co ci chodzi?
- Wynoś się stąd - powiedział na co ja pokręciłem przecząco głową. - Wypierdalaj stąd Louis Jezu czego nie rozumiesz! - krzyknął i znowu złapał się za głowę.
- Zrobisz mi coś? - zaśmiałem się. - No właśnie.
- A chcesz się założyć Louis?
- No to dajesz.
- Wkurwiłeś mnie Louis. Na prawdę mnie wkurwiłeś. Nie wytrzymam. - powiedział i uderzył mnie. Uderzył mnie. On mnie UDERZYŁ. Pięścią. Pięścią prosto w oko. Nie. Nie wierzę. Nie wierzę po prostu. Mój Harry, mój Harry mnie uderzył. Skrzywdził mnie.
- Za co to było Harry!
- Usłyszałeś w poprzedniej mojej wypowiedzi. Czego nie rozumiesz w słowie "wynoś się"? - zapytał groźnie. Ojj bardzo groźnie. Ja tylko spuściłem głowę i moją otwartą dłoń przyłożyłem do podbitego oka. To musiało wyglądać strasznie. - Co może jeszcze raz chcesz dostać? Tym razem w drugie oko? Co?! Chcesz?!
- Harry uspokój się. - powiedziałem wręcz płaczącym głosem - błagam Harry uspokój się.
- Nie układaj mi życia kurwa Louis! Pojebało cię?! - krzyknął i znowu mnie uderzył. Tym razem otwartą dłonią prosto w prawy policzek. - Już?! Zrozumiałeś polecenie?!
- T..t..tak. - płakałem. Płakałem, ja płakałem.
- To teraz wynocha! - krzyknął pokazując palcem na drzwi.
- Ale my mamy wywiad Harry!
- Gówno mnie obchodzi wywiad! Wynoś się stąd! Nie pójdę i to samo! - krzyknął. Po tych słowach obróciłem się w stronę drzwi i wyszedłem. Wyszedłem z płaczem. Harry mnie uderzył. Uderzył mnie dwa razy. Co mu zrobiłem, Jezu.
Ale ja wiedziałem co w niego wstąpiło. Wódka w niego wstąpiła. Albo coś jeszcze, niekoniecznie w płynie. Przecież waliło od niego wódką! Żywą wódką! Boże, co za człowiek. Ledwo w następnym roku ( czyli już niedługo) będzie miał 21 lat, a już tak pije. No okej, rozumiem. Trzeba się napić czasami, ale już bez przesady, żeby bić własnego męża?! Nawet ja się w życiu nigdy tak nie napiłem. Na swojej 18-stce też.

- Louis!!! - ktoś krzyknął. To Zayn. - William! Tommo!
- Przestań go tak nazywać Zayn! - krzyknął ktoś. Harry. Oczywiście że on.
- Zamknij się Harry, nie krzyczę do Ciebie tylko do Louisa! BooBear! - kontynuował.
- Co, Zayn chcesz! - odkrzyknąłem.
- Gdzie leżą twoje spodnie!!!
- Na chuja ci moje spodnie?! - zaśmiałem się.
- No właśnie na to! - jeszcze głośniej zaśmiał się Zayn.

Usłyszałem jak otwierają się drzwi od pokoju, w którym był Harry. I kto wychodził?
Harry. On i tylko on we własnej osobie. Wiedziałem, że to nie skończy się dobrze, bo kiwał się na lewo i prawo ledwo trzymając się na nogach. Był pijany. Oczywiście jak zwykle miałem rację.

Podszedł do mnie do Zayna, chwytając go za koszulę i podciągając do góry. Bałem się. Znowu się bałem. On może skrzywdzić teraz każdego.

- Jeszcze raz będziesz z nim kurwa w taki sposób rozmawiał, to cię kurwa zabiję, rozumiesz?! - powiedział z zaciśniętymi zębami do Zayna.
- Kurwa Harry, przecież dotychczas Ci nie przeszkadzało. - odparł.
- A teraz przeszkadza. Pamiętaj kurwa, zabiję Cię.

Przełknąłem tylko ślinę. Dalej nie wiedziałem co się dzieje. Nic nie czułem. Traciłem równowagę ledwo trzymając się na nogach. Czułem, że odpływam. Wszystko stawało się zamazane. Słyszałem tylko jak ktoś krzyczy:
"Louis! Louis!"
ale słyszałem to tylko tak, jakby ktoś krzyczał to będąc w jakiejś rurze. Takie jakby echo.
Czułem jak jakieś silne nadgarstki łapią mnie, gdy padałem do tyłu. Potem nic. Kompletna cisza. Kompletna ciemność.

sobota, 24 stycznia 2015

Rozdział 30

Od autorki: No to mamy 30. Coś czuję, że to się robi co raz gorsze ;D. Chyba nikt tego nie czyta, więc chyba zakończę już pisanie :c Zobaczę jeszcze :c Ale myślę że ten rozdział to będzie już koniec. Zobaczymy czy pojawi się chociaż JEDEN komentarz. To chyba na tyle ;) Ale strasznie, strasznie dziękuję Oli Gościniak <3 Zrobiła ona przepiękny banner na słabego ( moim zdaniem) bloga. Na prawdę jej za to dziękuję <3

*Oczami Harry'ego*

 Pamiętam tylko to, że staliśmy przed ołtarzem razem z Louisem. Przyszło dużo gości. Oh strasznie dużo. Nie spodziewałem się tego. Ale mniejsza o to. Potem usłyszałem strzał i wszyscy ucichli. Potem wbiegł Nick ( chyba to był Nick, nie pamiętam tego imienia, jestem na razie za słaby, może potem sobie przypomnę) i zaczął grozić mi i dla Louisa.
I..i on próbował się do mnie dobrać. I Louis mnie obronił. Zaczął się z nim szarpać.
Ja poczułem się winny i chciałem do niego zajść od tyłu ale on zaczął mnie bić, kopać.
I potem ciemność. Nic dalej nie było. Myślałem że to śmierć.
Ale potem się obudziłem. Nie pamiętam co robiłem, ale potem znowu śmierć. Śmierć wszędzie.
Straciłem przytomność. Znowu. Boże jaki ja jestem słaby.

- I widzisz kochanie jakie on ma znajomości? - usłyszałem głos mamy Louisa. - mówiłam że to nie jest odpowiednia druga połówka dla Ciebie. Przecież mogło Ci się coś stać.
- A wiesz co ja ci powiem, mamo?! Że nie obchodzi mnie to, że mogłoby mi się coś stać. Nie obchodzi mnie to jakie on ma znajomości! - zaczął podnosić głos. - Ale dla mnie liczy się tylko to, że ja go kocham, nie rozumiesz?!

Z zaciekawieniem przysłuchiwałem się tej kłótni. Krótkiej lecz bardzo stosownej.
Wzruszyłem się, nie ukrywam. Nie chciałem jeszcze otwierać oczu. Chciałem wysłuchać co jeszcze mają do powiedzenia.
Lecz to nie nastąpiło.
Usłyszałem tylko jak otwierają się drzwi do mojego pokoju.
Słyszałem wszystkich z zespołu oraz swoją mamę.
Tak właśnie ją słyszałem. Jestem pewien.
Poczułem tylko jej uścisk na mojej dłoni i coś szeptała.
"synku obudź się proszę..."
Chciałem już otworzyć oczy bo zrobiło mi się jej szkoda. Nawet bardzo. Pewnie się martwi.
Ale mój mózg krzyczał NIE.
Wiem co zrobię.
Tak wtedy na pewno zmartwi się jeszcze bardziej.
Postanowiłem zrobić coś takiego:
Najpierw powoli otworzę oczy.
Spojrzę na nią i powiem jej prosto w oczy: " Będę tęsknił mamo. Do zobaczenia"
I wtedy zamknę z powrotem oczy.
Będę udawał że nie żyję.
Wszyscy się zmartwią i zobaczymy jaka będzie ich reakcja.
No to za chwilę się przekonamy.

Zacząłem powoli otwierać oczy, tak jakbym był strasznie śpiący ( ale nie byłem).
Mama uśmiechnęła się krzycząc:
- Harry synku!
Wszyscy chłopcy z zespołu. Bez wyjątku powiedzieli razem:
- Nasza księżniczka się obudziła.
Wtedy ja chwyciłem rękę mamy i powiedziałem ochrypłym głosem:
- Będę tęsknił mamo. Do zobaczenia - chciałem już zamknąć oczy ale postanowiłem coś dopowiedzieć - po drugiej stronie świata. Cześć chłopcy.

Powiedziałem i zamknąłem oczy udając trupa.
Nieżywego człowieka.
Słyszałem tylko jak moja mama płacze. Strasznie płacze. Wręcz ryczy, że tak się wyrażę.
Louis. Nie chcę nic mówić. On po prostu trzasnął drzwiami i wyszedł. Usłyszałem tylko jak szlocha idąc gdzieś. Domyśliłem się że w stronę łazienki, gdyż akurat po tej stronie gdzie się ona znajdowała zaskrzypiała podłoga. Usłyszałem tylko jak coś spada z półki i jakby jakieś szkło. Ale to nie było szkło. To było coś innego. Spadło na ziemię i zaczęło brzęczeć.
"O nie" - pomyślałem zaniepokojony.
Otworzyłem oczy i zobaczyłem jak cała czwórka płacze. Czwórka czyli moja mama, Niall, Zayn i Liam.
Wstałem z łóżka gdy wszyscy zaczęli piszczeć. Chyba z radości. Przynajmniej tak sądzę.
Pobiegłem od razu do łazienki nie zważając na ból. A bolało strasznie. Każdą część ciała miałem całą poobijaną. Cała czwórka zaczęła mnie gonić krzycząc:
"Harry zaczekaj nie możesz wstawać!"
Nie słuchałem ich i biegłem dalej.
Wreszcie dobiegłem do łazienki. Światło było zapalone i zdaje mi się, albo nie że widziałem tam Louisa. Ale tylko jego kawałek.
- Lo-Lo-Louis ! - krzyczałem zdyszany - Louis otwórz drzwi!
Zero reakcji.
- Louis otwórz te cholerne drzwi! Louis! - krzyknąłem.
Nadal nikt nie otwierał.
- Lo-lo-louis do kurwy nędzy ja je wyważę! - krzyknąłem podnosząc głos.
Cisza. Nie no zajebiście po prostu. Mogło mu się coś stać przez moje pieprzone żarty.
Zacząłem przeszukiwać spodnie. Myślałem że znajdę tam jakąś spinkę. Znalazłem swoją wsuwkę do włosów. Włożyłem w dziurkę od klucza szarpiąc aby drzwi się otworzyły. Otworzyły się.
To co tam zastałem to mnie przerosło.
- Nie Louis stój! - krzyknąłem rzucając się w jego stronę.
Siedział na podłodze. W ręku trzymał żyletkę. Już zakrwawioną.
" Kurwa", pomyślałem.
- Louis co ty robisz! - krzyknąłem.
- Nie widzisz? Boże już zaczynam widzieć duchy... - spuścił głowę.
- Kochanie! To ja! Najprawdziwszy ja!
- Bo uwierzę. Wyjdź stąd duchu. - fuknął.
- Nie jestem duchem, Louis! - krzyknąłem błagalnie.
- Oh na prawdę?! No to podejdź tutaj. - odparł.
Podszedłem oczywiście. Wszystko mnie bolało, ale mimo to podszedłem.
- Daj mi rękę. - powiedział.
- Co chcesz z nią zrobić? - zapytałem.
- Dowiesz się. Daj mi tą pieprzoną rękę! - krzyknął. Nigdy nie podniósł na mnie głosu. No dobra podniósł ale nie aż tak.
Krew powoli zaczęła odpływać mi z głowy, ale niepewnie podałem swoją dłoń Louisowi.
Podniósł ją, a po jego ramieniu zaczęła spływać krew.
- Louis...
- Zamknij się Harry. A teraz odpowiedz mi na jedno pytanie jasne?! - wstał i podniósł mój podbródek. - Kochanie, czy istnieją nie przeźroczyste duchy?
- Oczywiście że nie Louis!
Przytulił mnie mocno i krzyczał:
" Harry przecież ty nie żyłeś!"
" A widzisz odżyłem. Jednak cuda się zdarzają! Ale teraz proszę, puścisz mnie? Bo mnie jeszcze trochę boli. Trochę bardzo"
Puścił mnie. O boże nareszcie. Nie mogłem oddychać. Dosłownie.

- O boże. - powiedziałem.
- Co się stało? - odpowiedział jakby nie wiedział o co chodzi.
- Jakbyś nie wiedział.
- No nie wiem? O co chodzi?
- Mam dosyć. Idę stąd.
- Ale dokąd idziesz?! Harry! Jesteś w garniturze! Harry!
- Powiedziałem wychodzę. - odparłem.

No i wyszedłem. Wszystko tak cholernie bolało. Ooo bardzo bolało. Wszyscy krzyczeli "Harry! Harry! Gdzie idziesz!"
A ja miałem to w dupie. Właściwie to wszystko miałem w dupie.
Nie wierzę że Louis się pociął, tylko dla tego że "umarłem".
Powiedzmy, że umarłem.
Przecież to chyba nie jest powód żeby się ciąć?
Prawda?
A może źle zrobiłem że uciekłem.
Może tak, a może nie?
Moja mama sama tylko płakała. Nie próbowała się ciąć jak Louis.
Chyba też się o mnie martwiła. No ale bez przesady żeby od razu się ciąć?!
Nie wierzę, że on to zrobił. Że zadał sobie tyle bólu.

***

Szlajałem się po ulicach. Wszystko mnie boli, jest mi cholernie zimno i pewnie będę chory. Załatwiłem się na amen a za 6 dni jedziemy w trasę. Super po prostu.
Nie mam gdzie iść, a jest już wpół do dziesiątej. Wieczorem. Tam się pewnie wszyscy martwią, a ja się szlajam ulicami LA i nie wiem gdzie jestem. Wróciłbym do domu ale gdzie ja kurwa jestem?!
Nie wiem jaka ulica i nie wiem na jakiej mieszkam. Dobrze, że mam telefon. Zadzwonię do... Chwila nie wiem do kogo zadzwonić. Do Louisa? Pewnie się wkurzył. Do mamy? Co jej powiem? Liam? Nie wiem gdzie on jest. Czy daleko czy nie. Niall i Zayn pewnie są z nim. Dobra. Dzwonię do Louisa.

" Louis?"
" Harry? Gdzie jesteś?!"
" No właśnie o to chodzi, że nie wiem gdzie jestem. Jest ciemno i zimno. Będę chory, pomocy..."
" Boże kochanie. Nic ci nie jest?"
" To chyba ja powinienem zadać ci to pytanie, wiesz?"
" I znowu nie rozumiem o co ci chodzi Harry. Co ty gadasz!"
" Znowu nie rozumiesz? To ja ci wytłumaczę. Posłuchaj. Po cholerę siedziałeś i się ciąłeś w łazience co?!"
Cisza.
" Louis słyszysz odpowiedz mi powiedziałem."
Znowu cisza.
" Louis nie rozumiesz po naszym języku?! Głuchy jesteś?!"
Usłyszałem tylko jak ktoś łka w słuchawkę.
" Louis?"
" Czego."
" Po co ryczysz?!" 
" Co ciebie to obchodzi."
" Podaj mi konkretną odpowiedź nie rozumiesz co mówię?! Jezu Louis! Co się z tobą dzieje!"
" Pieprz się Harry."

Powiedział i się rozłączył. Oj wkurzyłem się. Ba, wkurzyłem się to mało powiedziane. Wkurwiłem się i to bardzo. On jest jakiś...dziwny. Tak jest dziwny. 
Nie wrócę do domu na noc. Niech się pomartwią trochę. Dobrze im to zrobi.
Wszystkim to dobrze zrobi.


*Oczami Louisa*

Boże, to wyglądało tak strasznie. Jak on się próbował do niego dobrać. 
Boże. Nie wierzę. Nie chciałem stać bezczynnie. Więc się z nim szarpałem. 
I...i potem zobaczyłem z tyłu Harry'ego. 
I jak on go bił. O Jezu.  on potem stracił przytomność. A ten Nick Pierdolony Grimshaw jeszcze uciekł. Gnojek.
Ale mniejsza z tym. Co się działo potem.
Zanieśliśmy Harry'ego do domu.
Leżał, leżał i leżał.
Zdążyłem w tym czasie pokłócić się z mamą. Wciskała mi teksty typu:
" To nie chłopak dla ciebie!"
" Nie powinieneś się z nim zadawać!"
Ale mnie to nie obchodziło. Ja go kochałem. I kocham nadal.
Poszliśmy z chłopakami i z mamą Hazzy do pokoju gdzie leżał.
No wszyscy się martwili, nie ukrywam.
On otworzył oczy. Wszyscy tacy zaskoczeni byli. I szczęśliwi oczywiście.
Przynajmniej ja byłem szczęśliwy. 
Wszyscy się zbiegli do niego. 
"O boże! Harry! Harry to, Harry tamto!"
Mogli chociaż zostawić go w spokoju. No matko jak można tak napadać na biednego chłopaka.
Jak mi jego było szkoda.. Mojego Harry'ego.
Wtedy on odwrócił głowę w naszą stronę i powiedział coś w stylu:
" Żegnajcie, do zobaczenia po drugiej stronie świata"
Ja wtedy miałem tyle łez w oczach. Jak on po raz ostatni to powiedział. Jak on ostatni raz otworzył oczy. 
Wyszedłem tylko i trzasnąłem drzwiami. Boże, jak ja płakałem.
Nie mogłem złapać oddechu. Pobiegłem jak najszybciej do łazienki i zamknąłem się na klucz.
Boże co ja miałem robić. Tylko wzięliśmy ślub a on od razu umiera. O boże...
Wziąłem z górnej półki ( do której oczywiście ledwo sięgnąłem) pudełko. Pudełko z żyletkami.
Wyciągnąłem jedną i przyłożyłem sobie do ręki. Przycisnąłem i pociągnąłem po szerokości nadgarstka. Jedna sznyta, druga, aż w końcu ktoś zaczął dobijać się do łazienki. 
Nie miałem zamiaru otwierać. Jeszcze czego. Muszę się wypłakać.
Ktoś zaczął krzyczeć:
" Louis! Otwieraj!"
" Louis bo je wyważę!"
To był męski głos. I znajomy głos. Bardzo znajomy. 
Czy to Harry?! Nie, to nie mógł być on. Przecież on już nie żył. 
Za każdym razem kiedy to sobie przypominałem zalewałem się łzami.
Ktoś zaczął przekręcać zamek, i otwierać drzwi.
Kurwa to Harry. Powiedzmy, że Harry.
Ale jak przecież on nie żył to jak on mógł tu być. Jezu widziałem już duchy.
Ale on normalnie mówił, chodził. Reagował na to co mówię.
To był Harry. Najprawdziwszy Harry. Mój Harry. Kochany Harry.
Boże, ale jak?! Jakim cudem?! Co, że on ożył czy coś?! 
Wiem. Udawał.
Udawał skubaniec.
Ale chytry Harry. Ale i tak go kochałem najmocniej na świecie.
Ale on wyszedł z domu. Po prostu wyszedł. Czemu? Tego nie wie nikt oprócz niego samego.
Wszyscy się o niego denerwowali. Mama, Ja a Liam, Niall i Zayn sobie gdzieś poszli.
Grom wie gdzie.
Zwłaszcza że niedługo zaczyna się trasa to jeszcze zamiast szukać jego, to sobie wycieczkę urządzili. Zajebiście.
Gdy wyszedł była 14.30. 
Z godziny na godzinę wszyscy coraz bardziej byli zdenerwowani. Próbowali się do niego dodzwonić, ale nie odbierał. Nie to że miał wyłączony tylko nie odbierał. Po prostu nie odbierał.
W końcu. 21.30.
Nasz Harold zadzwonił do mnie.
Słychać go było jakby był zmarznięty, na ulicy.
Zaczął się na mnie wydzierać, co w niego wstąpiło.
Aha, już wiem co. Zaczął obwiniać MNIE za to, że się pociąłem.
Taka prawda. A to ON wywinął taki kurewski żart, że się wszyscy martwili.
I że to niby moja wina, tak?
Oczywiście, wszystko jak zwykle na mnie. Bo młodszy to nigdy nie winny.
Najlepiej, to nasrać w salonie i zwalić na kota.
Te sformułowanie idealnie pasuje do tej sytuacji.
Ja chciałem o tym zapomnieć. O tym że się pociąłem, ale on jak zwykle musiał wszystko wypominać.
Harry Dupek Styles. Tak powinno brzmieć jego imię. Ale mimo tego nadal się martwiłem o niego.
Co z nim w ogóle będzie, czy się mu nic nie stanie. Te myśli naokoło krążyły mi w głowie.
Ale wbrew temu wszystkiemu położyłem się spać.
"Pewnie wróci jutro rano", myślałem.

Wszyscy w moim domu już śpią. To znaczy w naszym domu. Moim i loczka.
Obudziłem się bo słyszałem jakieś hałasy.
Jest 3.15 nad ranem.
Myślałem że to mama krząta się po kuchni bo chciała się napić.
Słyszałem jak coś upadło. Coś ciężkiego. Bardzo.
Szybko zbiegłem na dół. To co zobaczyłem tam to po prostu jest nie do opisania.
- Ja pierdolę Harry! - krzyknąłem i podbiegłem do niego.

piątek, 16 stycznia 2015

Rozdział 29

Od autorki: No trochę będzie się działo w tym rozdziale. Tamten słaby jak wszystkie ale cóż, co mam robić prawda? Cóż, raz się żyje. Mam nadzieję że dacie mi trochę motywacji c: Byłoby miło :) To chyba na tyle nie będę przedłużać. Love ya :*

Ostrzeżenie: W tym opowiadaniu znajdują się sceny miłości homoseksualnej, oraz przemocy seksualnej. Jeżeli masz słabe nerwy, nie czytaj tych fragmentów.


Louis był zachwycony tym, że już za parę minut on i Harry będą oficjalnie małżeństwem. Nie mógł uwierzyć. Zebrało się dużo gości. W tym Mama, tata siostry, dziadkowie, wujostwo, kuzynostwo i ogólnie prawie cała rodzina Louisa.
Harry nie zobaczył nikogo ze swojej rodziny. Zrobiło mu się trochę przykro.
Nawet bardzo. Z Louisa rodziny było bardzo dużo osób, a od niego "nikogo".
Wtedy coś zobaczył.
Jakby jego mama, Gemma i jego ojczym stali w bramie.
Myślał że mu się wydawało. Przetarł oczy ale to oni tam stali.
Harry nie chciał do nich podejść.
Nie po tym co między nimi zaszło.
Wtedy Louis poszedł do ołtarza.
Do Harry'ego dołączył tata Louisa.
Niezręczna sytuacja. Przynajmniej dla niego.
Ale tak już jest na każdym ślubie.
Harry doszedł już do Louisa.
Stanął naprzeciwko niego i patrzyli sobie głęboko w oczy.
Lottie przyniosła obrączki.
Rozpoczęli wymawianie przysięgi.

- Ja Louis William Tomlinson, ślubuję tobie miłość, wierność. Będę cię zawsze kochał całym sercem. Nigdy cię nie opuszczę aż do śmierci, kochanie. - łzy napłynęły mu do oczu, gdy zakładał obrączkę na palec Harry'ego.

- Ja Harry Edward Styles, ślubuję Ci...- ni dokończył gdyż usłyszał jakiś strzał. Zaczął się rozglądać ( jak wszyscy inni goście) wokół siebie. Usłyszał tylko głos jakiegoś mężczyzny.

- Nikt nie będzie tutaj niczego ślubował! A szczególnie ty Harry! - krzyczał wyciągając pistolet w kierunku H.
- Skąd znasz moje imię!
- Co nie pamiętasz jak się jeszcze ze mną pieprzyłeś?! Miałeś wtedy 15 lat!
- Nick?!
- Co, chcesz powtórki z rozrywki?! - powiedział Nick i podszedł do Harry'ego chwytając go za gardło i grożąc mu pistoletem.
Louis zamarł. Nie wiedział co się stanie. Goście również byli w szoku. Anne i Gemma szczególnie.

- Nie zrobisz tego. - sapnął Harry.
- A chcesz się założyć?! - krzyknął Nick i wymierzył mu cios w brzuch. Był na prawdę ostry, gdyż chłopak aż upadł na ziemię i łzy zaczęły spływać mu po policzkach.- A ty! - powiedział pokazując palcem na Louisa - masz wszystkich stąd wygonić. Bo jak nie to zabiję, najpierw jego, a potem ciebie, zrozumiałeś?!
- Tak, zrozumiałem. - skinął przerażony głową. - Drodzy goście, proszę wyjść stąd, proszę przejść do sali gdzie miało odbyć się wesele. Tam proszę czekać.
Goście natychmiastowo się rozeszli. Louis też miał iść ale Nick kazał mu zostać. W przeciwnym razie wiedział co się stanie.
- Słuchaj gówniarzu, najpierw chciałeś żebym cię pieprzył a teraz się żenisz z tym pedałem?! - krzyczał Nick.
- On nie jest pedałem! Sam dałeś mi jakieś prochy na pieprzenie a potem się czepiałeś że cię plecy bolą! Jesteś pieprzonym dupkiem!
- Słuchaj ty pedale mały, nie wolno tak mówić do wujka Nicka, chyba że chcesz coś innego...- powiedział cicho i zaczął powoli zbliżać swoją twarz, to twarzy Harry'ego. Jednak ten go od razu odepchnął.
- Odsuń się ty gwałcicielu!
- Coś ty powiedział? Ktoś tu się buntuje, och kochany. Niegrzeczny z ciebie chłopaczek. - powiedział i zaczął powoli zdejmować pasek od spodni Harry'ego. Harry zaczął się wiercić, przeklinać gdy Nick powoli zaczął zdejmować mu spodnie.
Louis nie mógł już wytrzymać tego widoku, jak jego "mąż" cierpi.
- Puść go ty pedofilu! - krzyknął.
- Ooh. Następny buntownik do kolekcji! To się dobrze składa! Chodź tutaj, chodź!
- Jeszcze czego! Masz go puścić!
- Jaki groźny, lubię takich... Chodź do nas chodź, nic ci nie będzie, spokojnie.
- Puść go.
- Bo co mi zrobisz? Zabijesz mnie? Powodzenia.- powiedział i wycelował pistoletem w Louisa.
- A żebyś wiedział.
- Louis...- westchnął Harry. - zostaw już go. On jest na prawdę groźny. Proszę cię. Zostaw go.
- Nie pozwolę żeby ktokolwiek krzywdził mojego loczka. Nikt i nigdy.
- Louis proszę!
- Nie proś.
- Louis jesteśmy z tobą. - powiedział Zayn, Liam i Niall. Louis odwrócił się do nich i uśmiechnął się niepewnie.
- No chodź tu do nas, ale najpierw, odłóż spluwę. Żeby było fair.
- A dlaczego miałoby być fair? - zapytał sarkastycznie Nick.
- Poddajesz się? - spytał Niall.
- Ależ skąd. Dobra, zgoda. Odłożę spluwę.

Wtedy rozpoczęła się walka na słowa. Rzucano różne przekleństwa, Harry aż nie chciał tego słuchać. Potem rozpoczęła się walka fizyczna. Louis, Niall, Liam i Zayn kontra Nick.
Harry nie mógł na to patrzeć. Postanowił wstać.
Ledwo podniósł się na nogi ale podszedł do Nicka, by zaatakować go od tyłu.
Jednak nie udało mu się tego zrobić.
Chciał już walnąć go w plecy jednak on złapał go za rękę, wykręcił ją z całej siły, a Harry jęknął bardzo głośno. Na prawdę. Potem kopnął go w tzw, "czułe miejsce" na co H. zaczął już zwijać się z bólu. Następnie zaczął bić jego twarz. Pięściami, z liścia, czym tylko się dało. Chłopak był już strasznie wyczerpany. Już prawie stracił przytomność, ale Nick wymierzył mu ostatni cios. Z całej siły kopnął go w plecy, na skutek czego, chłopak stracił przytomność. Nick uciekł zostawiając zespół sam.

- Boże Harry! - krzyknął Louis i natychmiast podbiegł do loczka. - boże... co on Ci zrobił... Harry odezwij się proszę... Harry - skończył i spuścił głowę. Z jego oczu zaczęły wypływać łzy...
- Wiesz co Louis? Może lepiej sprawdzimy czy on w ogóle żyje... - westchnął Liam.
- Czy żyje?! - krzyknął Lou.
- Wiesz. Po takich ciosach jakich zadał mu Nick, to raczej marne 10% osób może przeżyć. Mógł uszkodzić i kręgosłup i tyle narządów wewnętrznych, że na prawdę.
- Jezu...Boże...Dlaczego on! Dlaczego zawsze on musi tak cierpieć... - rozpłakał się Tommo. Na prawdę mocno płakał. Był tak roztrzęsiony że nie mógł złapać oddechu.
Wszystkim do oczu napływały łzy.
- Harry... Obudź się proszę... Proszę Harry! - zaczął trząść Harrym w tą i z powrotem.
- Auć! Moja ręka! - syknął znajomy głos. To był Harry.
- Boże Harry, ty żyjesz! - krzyknął Louis.
- Chyba. Nie wiem. Nie jestem pewien. Ręka mnie boli, i twarz, i krocze, i plecy i ogólnie cały jestem obolały...
- Kochanie... To dlatego że Nick cię pobił...
- Co? Jaki Nick?! - krzyknął zdenerwowany i próbował zerwać się z trawy lecz nie dał rady. - Auć!
- Kochanie spokojnie. Połóż się kotku dobrze? A ja ci wszystko wyjaśnię. Chłopaki możecie zostawić nas samych?
- Jasne.
- Kochanie. To ten Nick Grimshaw. Pieprzyłeś się z nim jak miałeś 15 lat. Kojarzysz?
- O boże... To znowu on... On jest psychiczny. Na prawdę. Dał mi jakiś proszek na pieprzenie, Louis wybacz mi proszę... Błagam...
- Kochanie, nie mam Ci czego wybaczać! Wiesz... Jesteśmy już małżeństwem...
- Ja mam obrączkę, ale ty nie masz...

Louis uśmiechnął się lekko. Wyjął z kieszeni obrączkę i podał ją Harry'emu.
- Proszę. Teraz nałóż mi ją na palec.

Harry zrobił to co powiedział mu Louis.

- Kocham cię Louis...- szepnął.
- Ja Ciebie też kochanie... - odpowiedział Louis i złączył ich usta w pocałunku. Długim pocałunku.
A tej całej sytuacji przyglądali się wszyscy zaproszeni goście.
Wszyscy bez wyjątku.
Nawet ojczym Harry'ego się odrobinę wzruszył.

- Oooooo - powiedzieli wszyscy zaproszeni.
- No co...- odparł z lekkim uśmieszkiem loczek.

Potem podeszła do nich mama Harry'ego. Nie wiedziała jak to zrobić więc nie owijając w bawełnę powiedziała:

- Wszystkiego dobrego na nowej drodze życia kochani. Tobie synku szczególnie. Strasznie jesteś poobijany i powinien cię zobaczyć lekarz, ale poza tym to jesteś prześliczny. Dobrze że trafiłeś na Louisa, a ty Louis, bądź dla niego dobry.
- Dobrze pani Styles. Obiecuję.
- Proszę mów mi mamo. - uśmiechnęła się kobieta. - chyba że się nie zgadzasz Harry?
- Ugh...- sapnął. - Zgadzam się. Oczywiście że się zgadzam.

Rozdział 28

Od autorki: Przepraszam was że aż tak długo pisałam 27 rozdział, ale sami wiecie. Szkoła się zaczęła pora wziąć się do roboty! Mam nadzieję że mi wybaczycie <3 Kocham :* x.

Ostrzeżenie: W opowiadaniu znajdują się sceny miłości homoseksualnej oraz sceny +18. Jeżeli masz słabe nerwy nie czytaj o tych scenach. W tym rozdziale ich nie ma aczkolwiek będą w następnych.



*Perspektywa Harry'ego*

Od samego rana trwają przygotowania do ślubu. Nie mogę uwierzyć że to już dzisiaj. To dzisiaj ja i Louis oficjalnie będziemy razem. Oficjalnie! Tak już bardzo oficjalnie! Nie wierzę, że to dzieje się na prawdę. Rodzice Louisa już tutaj są. Ode mnie z rodziny nie ma nikogo. Tak przynajmniej sądzę, bo nikogo nie widziałem - jeszcze.
Wszyscy biegają w tą i z powrotem i tylko z tekstami: "tylko nie pobrudź spodni!" "nie upaćkaj się niczym!" "nie rozwal włosów!"
Boże, to takie wkurzające. Wszyscy mówią Ci co masz robić.
Nienawidzę takiego zachowania.
Oni chyba tego nie wiedzą.
Ciekawe czy Louisa też tak ganiają.
Poszedłbym sprawdzić, ale oczywiście zamknęły moje drzwi i nie mogę wyjść.
Klucza nie mam, zamka od środka też nie posiadam.
Brawo dla nich.
Po prostu super.
Tylko słychać jak walą stopami o podłogę.
Aż się cała trzęsie.
Jezu! Nie bolą im te nogi?!
A co jeśli będę głodny? I tak nie pozwolą mi zjeść bo co? Bo na weselu się najem.
A co jeżeli będę potrzebował kibla?! Ach przepraszam do toalety. To nie nie pójdę bo sobie spodnie ubrudzę.
Jezu, jezu jezu! Gdybym wiedział że tak będzie, to na pewno bym się nie zgodził żeby oni tutaj przyjechali.
Wkurzyłem się. I to ostro.

- Louis! Louis! Pomocy! Help! - krzyczałem a zarazem śmiałem się cicho.
- Jezu Harry! Kochanie gdzie jesteś?! - krzyczał.
- W sy..sy..sy...- nie dokończyłem i zacząłem udawać że straciłem przytomność. Tak żeby wiecie, zaniepokoili się trochę o mnie.
- Harry!!! - krzyczał że myślałem że zedrze gardło. Matko, nie wiedziałem że on jest aż taki głośny!

Pobiegłem i stanąłem tylko w kącie pokoju. Usłyszałem tylko jak ktoś szarpie za klamkę, a potem wali w drzwi. Gdy usłyszałem że ktoś wkłada zamek do drzwi podszedłem trochę bliżej. Drzwi zaczęły się otwierać. Stanął w nich Louis oczywiście.

- A ty! - krzyknąłem przyciągając garnitur Louiego do siebie.
- Jezu Harry nic nie jest?! - krzyczał, a ja się tylko śmiałem.
- Yyy no nie jak widzisz. A coś ty taki zdziwiony?
- Harry. Przesadziłeś. Ja się dobijałem a ty mnie tutaj kurwa żartujesz?!
- Louis. Przed ślubem się nie rugamy! Nie wolno!
- Przestań dzieciaku.
- Dzieciaku?! - krzyknąłem.
- Mój dzieciaku.
- Twój?
- Mój.
- Na pewno? - kłóciłem się ( powiedzmy że to była kłótnia)
- Nie na niby. - odpowiedział.
- No skoro tak uważasz...- odwróciłem się i chciałem już iść w stronę łóżka ale coś mnie chwyciło za ramię.
- Żartuję chodź tu do mnie, no chodź. - no dobra. Podszedłem. Pocałował mnie w usta. Krótko. Za krótko jak dla mnie. Wolę takie dłuższe ale dobre i to.
- Kochanie. To jak gotowy? - zapytał mnie. Ja skinąłem głową pokazując mu że tak.
- Oczywiście. Jestem gotowy już odkąd zaczęliśmy być razem.
- Ohh nie bądź ty już taki... wiesz jaki.
- Tsaa. Wiem. Cholera spóźnimy się!
- Dobra idź się ubierz, ja będę powoli schodził.

Boże. To już za parę godzin ( na prawdę nie dużo) będziemy małżeństwem.
Nie wierzę.
Tak strasznie się cieszę.
Mam nadzieję że on też.
Mam nadzieję.


*Dalsza część ale już w perspektywie Louisa*

Słyszałem tylko jak jeszcze Harry biega na dole i krzyczy "Jakie buty! Gdzie te buty!"
To było śmieszne.
Bardzo śmieszne.
On miał taki jakiś głos.
Inny. Może to ze zdenerwowania?
Nie wiem sam już.
Ale pewnie tak.
W sumie to ja też jestem zestresowany.
A co jeżeli zapomnę co mam powiedzieć? Ale będzie wtopa.
A jak będę szedł do ołtarza i spadną mi spodnie? Wtedy to już w ogóle.
Boże denerwuję się.
Przyjechaliśmy tu żeby kręcić teledysk a bierzemy ślub.
Trudno. Takie życie.
Boże wszędzie krzyczą, Louis Louis nie zapomniałeś o tym, albo o tym.
I to samo z Harrym. Matko jaka męczarnia.
Jeszcze trochę a zwariujemy.
I on i ja.

-Harry!!! - krzyknąłem.
- Kochanie! Jestem jeszcze w domu!!
- Dobrze wiedzieć! Myślałem że do schroniska poszedłeś psy nakarmić.

Wtedy do pokoju wszedł Harry. Parę loczków spadało mu na czoło. Louisowi to nie przeszkadzało. Podobał mu się Harry w takim wydaniu.

- A chciałbyś żebym to zrobił? - zaśmiał się H.
- Jeżeli miałbyś na to ochotę to bym Ci chyba nie zabraniał.
- A co jeżeli teraz bym poszedł?
- To byś nie zdążył na ślub. Ups. Widzisz? Takie życie Haroldzie.
- No w sumie... Ile zostało nam jeszcze czasu? - zapytał.
- Eee. Godzina. - powiedziałem spoglądając na zegarek.
- To mało czasu! Przygotuj się kochanie, dobrze? - popatrzył się na mnie i zrobił oczy jak ten kot ze Shreka. Brr aż mnie ciarki przeszły. Nigdy nie widziałem go w takim wydaniu. Podobało mi się to.
- Postaram się wypaść jak najlepiej panie Styles. - powiedziałem "poważnie".
- Dobrze panie Tomlinson. A teraz nich założy pan buty i proszę za mną.

Bez wahania założyłem buty ( oczywiście te które miałem założyć na ślub) i wyszedłem za "panem Stylesem".

Poprowadził mnie do samochodu. Zawiózł mnie tam, gdzie miał się odbyć ślub.

- Harry? - zapytałem.
- Witaj na swoim ślubie kochanie. - powiedział spokojnym głosem po czym złożył delikatny pocałunek na moich ustach.


Rozdział 27

Samolot wzniósł się już na prawdę wysoko. Harry'ego ogarnęło jeszcze większe przerażenie. Był jak małe dziecko, gdy zobaczy potwora. Nie wiedział co będzie dalej, czy nic się nie stanie mu, Louisowi i ich dziecku. H. nie wiedział co myśleć, czy będzie dobrze, czy źle, czy będą jakieś komplikacje, czy nie będzie. A Darcy? Jak to mała dziewczynka. Spała sobie. Louis też już przysypiał. A Harry? Nie wiedział co ma robić. W końcu minęło 30 minut i Harry również zasnął. Jednak nie na długo. Usłyszał głos stewardessy. Szybko zbudził Louisa i mówił:

- Obudź się, mówią coś!

Louis zerwał się z fotela. Nie wiedział co się stało, że Harry go tak gwałtownie zaczął budzić. Wtedy stewardessa kończyła swoją wypowiedź.

- Drodzy pasażerowie, witamy w Los Angeles. Za chwilę lądujemy.

Harry ucieszył się, że to nie było nic poważnego. Myślał że są jakieś komplikacje. Ale na szczęście nic z tych rzeczy. Zaczął bardzo cicho "krzyczeć" ze szczęścia i szarpał Louisa mówiąc:

- Lądujemy, nic nam nie jest Louis!
- I czego ty się tak bałeś no... Dobra chyba już lądujemy. Weź bagaż i nie zapomnij o córce. - zaśmiał się Lou.

Minęły 2 minuty. Louis i Harry wychodzą z samolotu. Harry oczywiście razem z Darcy w nosidełku. Ledwo przecisnęli się przez wyjście, ale w końcu zdołali wyjść.
Wyszli na zewnątrz, odetchnęli świeżym powietrzem, a na lotnisku czekał na nich Zayn, a wraz z nim Liam i Niall. Louis i Harry się ucieszyli. Liam wyglądał na zaskoczonego.

- Yyy, Harry? - zapytał. - czyje to dziecko?
- Moje dziecko. A co?
- Masz dziecko?!
- Tak, mam. - oznajmił z uśmiechem.

Wtedy Louis szturchnął go w ramię.

- Nie żartuję! To dziecko będzie grało główną rolę w teledysku! - krzyknął H.
- Ale nas nabrałeś! - zaśmiał się Li. - Co nie chłopaki?
- T..t..tak. Ha ha ale się uśmieliśmy. - odparli wystraszeni.

Po tym krótkim wspólnym dialogu chłopcy udali się do hotelu, gdzie mieli zamieszkać na czas kręcenia teledysku.
Hotel był jak w marzeniach. Telewizor prawie 60 calowy. Duże łóżko, cała szafka słodyczy i innego jedzenia. Można było zamówić sobie własną obsługę. Duży basen, jaccuzzi i sauna. Pokój oraz specjalnie wybudowany brodzik, dla dzieci oczywiście. Harry był zachwycony, Louis trochę mniej, a Darcy? Darcy nie mogła oderwać wzroku od szafki ze słodyczami.
Harry zaczął się rozpakowywać. Louis poszedł na recepcję.

- I co? Widzisz. Taka mała a już taka gwiazda - szepnął Harry do Darcy.
Darcy tylko popatrzyła się na "mamusię" i uśmiechnęła się lekko. Potem z powrotem swój wzrok zwróciła ku swojej nowej zabawce.
Minęło około 10 minut. Louis wrócił już do pokoju. Wzruszył się odrobinę, patrząc jak Harry bawi się nową zabaweczką razem z ich córką.

- Ale słodko razem wyglądacie... - zaśmiał się.
Harry tylko odwrócił do niego głowę uśmiechając się szeroko. Louis podszedł do nich powoli przytulając się do Hazzy.

- Dobrze, że tu jesteś - szepnął do ucha H. Lou. - Ale teraz posłuchaj mnie uważnie. Mam propozycję.
- Um no dobrze. Jaką? - zaciekawił się Harry.
- Posłuchaj. Doszedłem do wniosku, że po co czekać do ślubu aż będziemy z powrotem w Anglii. Nie chciałem sam tego ustalać ale pomyślałem nad tym, by wziąć ślub tutaj.
- Oszalałeś?! - krzyknął Harry.
- Wiedziałem że tak będzie.
- I co jak byśmy powiedzieli o tym Liamowi?! Przecież on jeszcze nic o nas nie wie! - syknął H.
- T..t..tak w zasadzie to on już wie... - spuścił głowę Lou.
- Że co? Kto mu o tym powiedział?
- No wiesz. Nie chciałem już tego ukrywać. Sam go o tym poinformowałem.
- I co on na to?
- Życzył nam szczęścia - zaśmiał się Louis.
- A co z rodziną? Mam na myśli twoich rodziców itp.
- A co z twoimi rodzicami? - rozszerzył oczy Louis.
- Ja już nie mam rodziców.
- Harry co ty wygadujesz. Przestań tak mówić. - krzyknął Louis.
- A co może kłamię? Ojciec? Ojca nie ma. Matka? Co jeszcze może swojego brata mam zaprosić?! Chyba raczej podziękuję.
- A Gemma?
- Gemma nie przyjedzie.
- Czemu tak sądzisz? - zaciekawił się Louis.
- Straszna kłótnia. Ona mnie już nienawidzi. Nie mam po co dzwonić. Za to ty zaproś swoich rodziców. Oni na pewno się zgodzą. - lekko uśmiechnął się Harry.
- Skoro tak mówisz...- spuścił głowę - Ale chwila. Kiedy będzie ten ślub? - dodał.

Harry wytrzeszczył oczy. Nie mieli jeszcze nic zaplanowanego. Nawet nie znają się zbyt dobrze na tym mieście, a oni już chcą robić wesele. Nikogo tu jeszcze nie znają.

-W...w..wiesz. Wtedy gdy przyjedzie twoja rodzina!
- To to i ja wiem Harry. Ja mówię poważnie.
- Ja też! Zaproś ich! Niech przyjadą za... um... tydzień!
- Ale musimy jeszcze zarezerwować i księdza i salę. Harry...
- Wiem! Mam pomysł! Zajmę się wszystkim! Ty dzwoń do rodziców.
- Jak chcesz. - kiwnął głową Louis.

Harry powoli wstał z łóżka by nie obudzić Darcy ( która już oczywiście musiała zasnąć) .

- Chwila chłoptasiu. Dokąd się wybierasz? - zaśmiał się L..
- A nie powiem. Muszę coś załatwić. Ważnego. Bardzo ważnego. Na prawdę.
- Tajemnica rozumiem?
- Oczywiście że tak. Wszyscy mogą się o niej dowiedzieć. Oprócz Ciebie. - szeroko uśmiechnął się Loczek.
- Aha. Więc o to chodzi. Dobra to idź już, ale tym razem masz uważać na siebie. Nigdy nie byłem jeszcze w szpitalu poza Anglią i nie mam zamiaru go odwiedzać.
- Postaram się być ostrożny. Do zobaczenia BooBear!
- Żegnaj Harry. Już tęsknię. Nie odchodź ode mnie. Błagam! - śmiał się Louis.
- Zobaczymy zobaczymy. Dobra spadam. Cześć.

Harry wyszedł z apartamentu, a Louis zaczął już powoli się nudzić. Ni to spać ni to leżeć. W telewizji nie ma nic ciekawego. Darcy śpi. Tak, to by chociaż się z nią pobawił.
Minęło dopiero 15 minut a Louis już zaczął się niepokoić o Hazzę.
"Gdzie on jest! Gdzie!" krzyczał w myślach.
Minęło kolejne 15 minut. Loczka nie ma. Louis już coraz bardziej zaczął się denerwować.
W końcu po godzinie Harry zjawił się z powrotem w ich pokoju.

- Harry! Wróciłeś! Nie zostawiłeś mnie! - śmiał się Louis i podbiegł do Harry'ego by go mocno (na prawdę mocno) przytulić.
- O boże! - krzyknął Harry.
- Co boże?! Gdzie boże?! Jest tu jakiś boże?!
- Za mocno ściskasz mnie głupku!
- Oh sorry. - zaśmiał się L. - Gdzie byłeś?
- No bo wiesz... - mówił nawijając jeden ze swoich loczków na palca - bo ktoś musi załatwić coś ze ślubem więc, wszystko jest już zaplanowane! Mam nadzieję że już dzwoniłeś do rodziców? Prawda?
- Tak oczywiście! Harry! Będziesz najlepszym mężem ever! - krzyknął składając lekki pocałunek na policzku Hazzy.
- Wiem Louis.